Szukajka

Kategorie

piątek, 2 września 2016

Wleciał ptaszek do dziurki, czyli problemy z nazwami.

Parę dni temu na stronie jednej z bardziej znanych gazet internetowych (i nie tylko) przeczytałam o problemie z pewną fontanną. Otóż dowiedziałam się, że fontanna ta przypomina ludziom "damskie przyrodzenie"!

Męskie nazwy w kobiecym ciele

Po krótkiej konsternacji zaczęłam szukać definicji słowa "przyrodzenie", ale wszędzie były one niepełne lub niejasne. Nie znam się na tyle na staropolszczyźnie, ale wydaje mi się, że słowo to dotyczy raczej jedynie mężczyzn. Albo przynajmniej w tym kontekście jest zazwyczaj używane.
Najwyraźniej autor tego artykułu miał ogromny problem jak nazwać żeńskie genitalia. Wybrał najprostszą opcję - słowo przypisane penisowi z dodatkiem "damskie" i uznał problem za rozwiązany.
Idąc tym tropem w równoległym świecie mężczyźni zamiast penisa mogliby mieć "męską łechtaczkę", a zamiast jąder "męskie jajniki". 
Nie brzmi to w ogóle dobrze i nie ma za grosz sensu.

Strach przed waginą

My, Polacy, użytkownicy polskiego języka nie boimy się penisa. Nie boimy się prącia oraz fallusa (często używanego w złym kontekście).
Boimy się za to waginy. Albo tym bardziej sromu, mimo że to najbardziej polskie słowo na kobiece zewnętrzne narządy płciowe.
W sypialni używamy dziurek, cipek, pipek. Podobnie też uczymy dzieci.
O ile w ogóle rodzice nazywają narządy płciowe małej dziewczynki. Słyszałam, że wiele osób unika w ogóle nazywania tego miejsca generalizując do "pupy". 
Każdy chłopiec wie za to od małego, że ma siusiaka lub ptaszka.

Cipki górą!

Kiedyś zrobiono konkurs na najlepszą nazwę dla żeńskich genitaliów w przypadku uczenia dzieci części ciała. Wygrała cipka. I bardzo dobrze. Brzmi lepiej niż srom, który oznacza "wstyd lub hańbę". Wyobraźmy sobie małą dziewczynkę, która od najmłodszych lat, wie, że jej brat ma siusiaka, a ona jedynie wstyd.
Niefajnie prawda?
Wagina brzmi za to zbyt medycznie. Nikt nie uczy chłopca, że ma prącie i jądra. To dlaczego dziewczynka miałaby słyszeć, że ma waginę albo wargi sromowe?

Inspiracje z zachodu


Anglojęzyczni mają swoją "pussy", co jest odpowiednikiem naszej cipki, ale też kotki. To urocze prawda? Nie dość, że jesteśmy kocicami to jeszcze mamy swoją małą kicię ;)
U nas też czasem się używa tego słowa w spolszczeniu - pusia. Podobnie z angielską "peach" czyli brzoskwinką lub piczką.
Ale Polacy nie gęsi, iż swój język mają! Dlaczego mamy spolszczać angielskie słowa zamiast używać naszych własnych? Nie robimy tego w przypadku penisa to czemu mamy mieć pusie i piczki?!

"Cześć, jestem Wacek"


Niektórzy też używają imion. Najpopularniejszym polskim tworem w przypadku penisa jest Wacek. Co do cipki jest to rzadziej używane, ale słyszałam o wersji z Kasią, Bożenką i Małgosią.
Zawsze mnie zastanawiało co sobie pomyśli takie dziecko które od małego posiada Wacusia lub Kasię, kiedy pozna dzieci lub tym bardziej dorosłych którzy noszą takie imiona?
Osobiście nie dziwię się, że ostatnio tak mało chłopców dostaje imię Wacław, skoro skojarzenia mogą być tak oczywiste? ;)

Język zbyt ubogi aby udźwignąć cipkę


Brakuje jednak w polskim języku słowa uniwersalnego, którego możemy użyć u lekarza, w sypialni, do dziecka lub w artykule na znanym portalu internetowym.
Cipka wydaje się wtedy być zbyt infantylna, cipa zbyt wulgarna, srom kojarzy się ze wstydem, a wagina brzmi po prostu źle. Jednak chyba właśnie we wspomnianym na początku artykule użyłabym słowa wagina, bo skoro nie ma nic innego to zostaje nam używać tego co jest najbardziej poprawne, a nie wymyślać męsko-damskie twory językowe.


wtorek, 16 sierpnia 2016

Seks na plaży i inne przygody.

Kontynuując wakacyjne rozważania warto wspomnieć o różnych przygodach.
Jedni lubią przygody, inni wolą spokojną stabilną egzystencję, ale prawdą jest, że przygód się nie zapomina.
Można co najwyżej unikać wspominania o nich z różnych powodów, ale jednak zawsze zostaną gdzieś na dnie naszej pamięci.

Część przygód przychodzi całkowicie przypadkiem poprzez szczęśliwe lub nieszczęśliwe zbiegi okoliczności. Inne są przynajmniej częściowo zaplanowane.

Jednak gdyby były całkiem zaplanowane nie można by ich nazwać przygodą.

Przygody mają w sobie zawsze element czegoś niespodziewanego.

Myślicie sobie, że tak bez sensu piszę o tych przygodach, że może w końcu przeszłabym do sedna.
Przecież to nie jest blog przygodowy! 

I tu muszę was zaskoczyć - Jest!
Przecież miłość to przygoda. Każdy związek jest przygodą bo nigdy nie wiemy co czeka nas za jakiś czas. A seks? Seks to największa przygoda!

Przygodny seks


Nawet istnieje coś takiego jak przygodny seks. Z nowo poznaną osobą, bez uczuć, bez zobowiązań, liczy się tylko tu i teraz.
To jest przygoda prawda?

Jednak nie tylko o przygodnym seksie mowa, ale również warto wspomnieć o seksie przygodowym.

To taki seks, który możemy uprawiać ze stałym partnerem, a który nam tak łatwo się nie znudzi. Bo według takiego wiarygodnego źródła jakim jest Wikipedia przygoda to ryzykowne ekscytujące przeżycie.

Nie, mówiąc o ryzyku nie chodzi tutaj o seks bez zabezpieczenia i ryzyko ciąży lub choroby przenoszonej drogą płciową!!!

Chodzi o seks w ryzykownych okolicznościach.
Chodzi o spełnianie swoich fantazji, często szalonych i ryzykownych.

Bez ryzyka nie ma zabawy?


Bo ktoś może przyłapać, bo można dostać mandat, bo można zostać wyrzuconym ze szkoły, bo nigdy więcej nie będzie można się pokazać rodzinie na oczy?

Ale są wakacje, a jak już pisałam wcześniej to niezwykle kuszący okres do przygód.
Czy jest lepszy moment żeby spróbować seksu w miejscu publicznym?
Jesteśmy daleko od domu i jest na tyle ciepło, że rozebranie się na dworze nie będzie problemem.

Problem może się pojawić dopiero w przypadku przyłapania.
Jednak dla wielu osób to ryzyko bycia przyłapanym jest niesamowicie podniecające.
I nie ma w tym nic złego - wiele osób lubi przygody.

Należy jednak uważać na to aby nikomu nie wyrządzić w ten sposób krzywdy.
Unikajmy miejsc w których są dzieci, ponieważ widok pary uprawiającej seks może być dla nich traumatyczny.
Lepiej dokładnie przemyśleć czy ewentualne konsekwencje z bycia przyłapanym są warte poświęcenia się dla kilku minut zapomnienia.

I nie mówię tu tylko o seksie w takich miejscach jak publiczna toaleta, przebieralnia w sklepie lub plaża, ale też dom rodzinny kiedy za ścianą są inne osoby mogące was usłyszeć lub co gorsza wejść w niewłaściwym momencie.

Zady i przeciwy seksualnych przygód


Poza tym przemyślcie sobie kwestie praktyczne, które w tej całej ekscytacji mogą wam umknąć.
Na przykład piasek na plaży może się dostać tam gdzie byśmy tego bardzo nie chcieli.
A w lesie w podobne miejsca mogą nas pogryźć mrówki lub inne stworzenia oburzone zaburzaniem ich spokojnego życia.

Przygody są fajne, seks jest fajny, ale konsekwencje zbyt pochopnych zachowań mogą okazać się tragiczne. Dlatego zanim przejdziecie do rzeczy warto przemyśleć wszystkie za i przeciw.
A w razie czego przynajmniej opracować drogę ucieczki jak dopadnie was rolnik z widłami będący przypadkiem właścicielem pola które wybraliście do swoich miłosnych uniesień :)

Obrazek ze strony lisiesprawy.pl

sobota, 16 lipca 2016

Wakacyjne romanse.

Trochę mnie tu nie było. Przyznam, że poniosły mnie wakacje i nie miałam za bardzo czasu aby coś pisać na blogu.
Ale temat wakacji jest również tematem związanym z miłością i seksem.
Żaden inny okres w roku nie dostarcza nam tylu pół rozebranych osób, poodkrywanego ciała i przede wszystkim słonecznej, gorącej pogody. A to powoduje, że nasze libido rośnie jak szalone.
W dodatku w wakacje jest więcej wolnego czasu, więcej podróży, imprez i poznajemy więcej nowych ludzi.
A więcej ludzi = większa szansa na poznanie tej jedynej lub tego jedynego.
Lub przynajmniej mieć wrażenie, że się poznało.
A wrażenie to stąd, że nasze libido szaleje.

Szał ciał

Z badań profesora Izdebskiego wynika, że Polacy najczęściej uprawiają seks właśnie latem.
Można przypuszczać, że ma to związek z takimi czynnikami jak:

  • wszechobecna nagość
  • wysoka temperatura powodująca pocenie, a wiadomo, że pot = feromony.
    Nie zapominajmy jednak, że duża ilość potu bardzo szybko przestaje być atrakcyjna!
  • wyjazdy bez dzieci, nowe miejsca, bez konieczności zajmowania się domowymi sprawami
  • wspólne wyjazdy par, które normalnie nie mieszkają razem
  • większe niż na codzień spożycie alkoholu
  • seksturystyka, czyli wyjeżdżamy tylko w celu poznania partnera/partnerki na jedną lub dwie noce
  • no i przede wszystkim poznawanie nowych ludzi
Mówi się czasem, że wakacje rządzą się własnymi prawami, a wakacyjne romanse nie mają żadnej przyszłości. 
Bo zazwyczaj kończymy z osobą o której nic zupełnie nie wiemy, przyciąga nas do niej jedynie fizyczność. Albo czyste pożądanie. 
Czasem może być tak, że jednak wakacyjny romans przerodzi się w prawdziwe uczucie.
Jednak zazwyczaj kiedy partnerzy bliżej się poznają okazuje się, że zbyt wiele ich dzieli, a seks i pożądanie to nie wszystko. 

Wakacyjne ryzyko

Wakacje to też najwięcej zarażeń chorobami przenoszonymi drogą płciową i niechcianych ciąż. Również największa liczba zdrad zarejestrowana jest właśnie podczas wakacyjnych wyjazdów. 

Ludzie zakładają, że skoro za parę dni rozstaną się z nowo poznaną osobą to mogą pozwolić sobie na więcej. Często wiąże się to z ryzykownymi zachowaniami seksualnymi (seks bez zabezpieczenia, po alkoholu itp.) oraz z nieprzemyślanymi decyzjami - oświadczyny po 3 dniach znajomości.

Często jednak wakacyjny romans może wpłynąć na całe nasze życie. I nie mam tu na myśli pięknej miłosnej historii, a zrujnowane związki, niechciane dzieci lub trudne do wyleczenia choroby. 

Zabawa również jest ważna

Wakacje to czas zabawy, więc bawmy się! Róbmy to jednak z głową i zanim podejmiemy jakąś ryzykowną decyzję zastanówmy się, co jutrzejsza/jutrzejszy trzeźwy JA o tym powie. 
No i czy gdyby to nie były wakacje w jakimś gorącym kraju to postąpilibyśmy podobnie.

Wakacje to również dobra okazja na zrobienie czegoś nowego i szalonego ze stałym partnerem. Nie polecam w tym wypadku seksu w miejscu publicznym, ale subtelna gra wstępna na plaży nikogo raczej nie zgorszy. Ewentualnie kolacja w świetle księżyca lub długie romantyczne spacery. Ile par tyle pomysłów na wakacyjne przygody. Bo przecież również bezpieczna zabawa może być dobrą zabawą.

Trzymam też kciuki za Wasze wszystkie wakacyjne romanse, aby były początkiem prawdziwego związku, a nie jedynie chwilową zabawą i kacem moralnym po powrocie do rzeczywistości.


środa, 22 czerwca 2016

Konflikty w związku. Jak przetrwać?

Po śniadaniu nawet naj­mniej­sza kłótnia wpływa ujemnie na samopoczucie. A. Conan Doyle.

A przed śniadaniem może spowodować niestrawność.

No ale właśnie jak to jest - kłócić się czy nie kłócić?
Odpowiedź na to pytanie nie jest prosta i brzmi socjologicznie: "to zależy".

Bo konflikty nie są złe.
Ale mogą.
A brak konfliktów też nie jest zły.
Ale może.

No to jak to jest?


Niektórzy twierdzą, że jak ludzie się nie kłócą to im na sobie nie zależy.
Wątpię jednak, żeby parze wydzierającej się na siebie na środku ulicy pośród innych ludzi zależało na sobie tak strasznie bardzo, że chcą podzielić się tym z całym światem.
Z drugiej strony jeśli nie ma kontaktu, dyskusji, a jedna strona (lub obydwie) zgadza się potulnie na wszystko bo jest jej zwyczajnie wszystko jedno to wtedy to stwierdzenie ma dużo sensu.

Kłótnie mogą zbliżać bo każda zakończona szczęśliwie spaja związek. W końcu pokonaliśmy kolejną przeciwność, jesteśmy dalej razem i bardzo się kochamy.
Kłótnia może też całkowicie zakończyć związek. Wtedy zazwyczaj nie ma co już ratować...
No chyba, że - życie uciekając przed latającymi nożami.

Kłócić się trzeba umieć. I wbrew pozorom jest to trudniejsze niż może się wydawać większości.

Podstawowe zasady dobrej kłótni:


Po pierwsze: skupiamy się na konkretnym problemie. Ważne jest to co się stało w tej chwili i to czego dotyczy spór. Nie wyciągamy spraw sprzed 3 lat kiedy ktoś nie wyrzucił śmieci na czas. Bo nie jest to temat obecnego konfliktu, a druga strona pewnie już dawno zapomniała o tamtej sytuacji.
Takie podejście doprowadzi tylko do eskalacji konfliktu i kolejnej kłótni o coś zupełnie irracjonalnego.

Po drugie: istotny jest problem, a nie osoba. Kłócimy się z osobą, którą kochamy. Niezależnie od przyczyny konfliktu kochamy ją cały czas. Nie chcemy jej zranić. Dlatego mówimy tylko o problemie, a nie obrzucamy się nawzajem wyzwiskami. Bo między różnymi obraźliwymi nazwami zapominamy w końcu o co chodziło, a zamiast tego próbujemy wymyślić kolejny epitet w stosunku do partnera. Głupota!

Po trzecie: jesteśmy gotowi na ugodę. Kiedy widzimy, że nie mamy racji - odpuśćmy. Nasza duma odrobinę ucierpi, ale nie aż tak jak wtedy kiedy ciągnęlibyśmy bezsensowną dyskusję. Również kiedy jest możliwość kompromisu warto go przemyśleć na spokojnie i czasem odrobinę odpuścić.

Po czwarte: seks na zgodę to głupota! Słyszałam o parach, które kłócą się tylko po to, żeby było im lepiej w łóżku. A to wyraźnie pokazuje, że coś w tym związku jest nie tak skoro nie potrafią znaleźć innych bodźców.

Po piąte: pogódźcie się zanim pójdziecie do łóżka. I to nie tylko, żeby uprawiać seks, ale również aby spać. Nigdy nie przekładajcie kłótni na następny dzień. Zazwyczaj wtedy nie wiecie dokładnie o co poszło i dlaczego tak zareagowaliście. Ale skoro konflikt nie został oficjalnie zakończony to próbujecie wrócić do tematu wplatając przy okazji inne problemy (patrz punkt 1.) lub po prostu obrzucacie się wyzwiskami (patrz punkt 2.).

Po szóste: kiedy widzicie, że nie panujecie nad emocjami weźcie głęboki oddech, wyjdźcie do innego pomieszczenia, zamknijcie na chwile oczy i przemyślcie jeszcze raz całą sytuację. Chwila odetchnienia, wybicia z "rytmu kłótni" i nagle okazuje się, że problem jest albo irracjonalny albo banalny do rozwiązania. Tylko pod wpływem emocji nie mogliście tego zauważyć. Gniew zaślepia jeszcze bardziej niż miłość, ale jest łatwiejszy od wyciszenia.

Po siódme: nie zapominajcie o drugiej osobie. To jest ktoś kogo kochacie, więc dlaczego chcecie kontynuować bezsensowny konflikt? Dlaczego nie możecie odpuścić? Zaproponować spokojną rozmowę? Kiedy raz się uda może się okazać, że konflikty na poziomie niemalże wojen domowych są łatwe do rozwiązania poprzez krótką i spokojną rozmowę. No i nie trzeba będzie kupować nowej zastawy po raz kolejny ;-)

I rada na koniec: kłóćcie się z głową. Nie z emocjami, a z rozumem. I zobaczycie, że tak jest dużo lepiej i dla was i dla waszego związku.
A jeśli zupełnie nie potraficie rozmawiać w inny sposób niż poprzez kłótnię, to spróbujcie rozważyć czy ta znajomość ma jakikolwiek sens.

Jeśli już musicie się o coś pokłócić - kłóćcie się o to kto kogo bardziej kocha :)

niedziela, 22 maja 2016

Przez naukę do serca, czyli o miłości słów kilka.

Motylki w brzuchu...
Chyba zna to każdy kto był kiedykolwiek zakochany.

Ale co to jest? Czym jest zakochanie?
Co to jest miłość?

To pytanie zadałam kiedyś w jednej ankiecie. Odpowiedzi były bardzo różne i bardzo ciekawe, ale przede wszystkim niezwykle zaskakujące.
Wszystkich nas to w jakimś stopniu dotyczy, a jednak każdy widzi to odrobinę inaczej.

Dlatego nigdy nie powstała jedna słuszna definicja miłości. Każdy filozof opisywał ją inaczej, każda religia miała swoje własne zdanie, a tak naprawdę każdy człowiek widzi to odrobinę inaczej.

Jak opisać coś tak metafizycznego, a jednocześnie tak bardzo ludzkiego?
Coś co znajduje się na granicy tych dwóch światów.
Coś co raz może być dzikim seksem, a raz troską o dobro dziecka?

Chemia to podstawa

Żeby była miłość - musi występować chemia.
A konkretniej hormony.
Osoby zakochane mają podwyższony poziom fenyloetyloaminy i dopaminy.
Dzięki temu nasz organizm reaguje w określony sposób kiedy widzimy osobę w której jesteśmy zakochani. Na przykład przyspieszony puls to zasługa adrenaliny. 
Naukowcy uważają, że taki stan może trwać maksymalnie od 3 do 8 lat. 

A co dalej? Nie kochamy już?
Oczywiście, że kochamy nadal. Tylko, że dzięki hormonom odpowiadającym bardziej za spokój niż pobudzenie można mówić o przywiązaniu. 

Podstawowym hormonem przywiązania jest oksytocyna, wytwarza się ona w czasie orgazmu lub przytulania, ale jej ogromne ilości pojawiają się w czasie porodu i karmienia piersią.
To dlatego matki momentalnie zakochują się w swoim nowo narodzonym dziecku!

Dopamina odpowiada za emocje i interakcje społeczne.

Serotonina określana jest hormonem szczęścia. Wpływa na potrzeby seksualne, apetyt i emocje. Dlatego w pierwszej fazie zakochania nie jesteśmy w ogóle głodni!

Testosteron to przede wszystkim męski hormon, jednak występuje w mniejszej ilości również u kobiet. Odpowiada przede wszystkim za popęd seksualny.

Wyżej wymienione hormony pełnią oczywiście dużo więcej funkcji, jednak skupiłam się na wymienieniu tych, które mają bezpośredni związek z miłością.

Matematyka miłości

Najbliżej znalezienia definicji miłości był brytyjski psycholog Robert Sternberg. Zaprezentował on światu trójczynnikową koncepcje miłości.

MIŁOŚĆ = INTYMNOŚĆ + NAMIĘTNOŚĆ + ZAANGAŻOWANIE

Te trzy czynniki są konieczne aby można było mówić o miłości. Jednak mogą one być w różnych proporcjach w zależności od fazy związku i typu związku.

Bogdan Wojciszke zinterpretował to w następujący sposób:


Fazy miłości

Tylko miłość kompletna, jako forma idealna łączy na podobnym poziomie te 3 czynniki.
Ale, żeby osiągnąć ten poziom należy przejść przez inne jego etapy. A każdy etap w innym stopniu skupia się na konkretnym aspekcie miłości.
  1. Zakochanie - szybko rosnąca namiętność, rosnąca powoli intymność
  2. Miłość romantyczna - wysoka namiętność, silnie rosnąca intymność, pojawia się zaangażowanie
  3. Miłość kompletna - wysoka namiętność, wysoka intymność, wysokie zaangażowanie
  4. Związek przyjacielski - opiera się przede wszystkim na zaangażowaniu, intymność niższa niż wcześniej, namiętność bardzo niska
  5. Związek pusty i jego rozpad - kiedy zostaje samo zaangażowanie, jesteśmy z kimś tylko dlatego, że tak się przyzwyczailiśmy, nie ma namiętności, nie ma intymności i nie ma... sensu.

Pokaż mi jak kochasz, a powiem Ci kim jesteś.

Jednak nie tylko Sternberg oraz Wojciszke mogą nam powiedzieć coś o miłości. 
Innym wartym przytoczenia teoretykiem miłości był John Lee.
Swoją teorię oparł na znanych ze starożytnej Grecji typach miłości
  • Eros - Miłość romantyczna, fascynacja drugą osobą, silna namiętność i pociąg seksualny. Często od pierwszego wejrzenia. Występuje potrzeba jak największej bliskości i jedności partnerów.
  • Ludus - Miłość to zabawa. Jest okazją do rywalizacji i pokazania swojej przewagi nad partnerem. W razie niepowodzeń można znaleźć nowego gracza i wykorzystać go do zaspokojenia swoich potrzeb.
  • Storge - Miłość przyjacielska. Silna intymność i przywiązanie. Bardzo silna. Często występuje między rodzeństwem lub wieloletnimi przyjaciółmi. 
  • Pragma - Ludus + Storge. Praktyczne podejście do miłości, która jest dla takich osób inwestycją. Jeśli nam się to opłaca to będziemy z daną osobą. Nie ma konieczności namiętności, kiedy mamy zaspokojone potrzeby materialne.
  • Mania - Eros + Ludus. Miłość obsesyjna. Strach przed utratą partnera łączy się z nieustanną potrzebą kontrolowania go. Osoba reprezentująca ten typ miłości musi być stale zapewniana o uczuciach partnera.
  • Agape - Eros + Storge. Miłość religijna, bezinteresowna. Poświęcenie i troska z marginalizacją własnych potrzeb. Czysty altruizm.




niedziela, 15 maja 2016

Niebieska rewolucja seksualna.

Czym jest niebieska pigułka chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć. Od czasu wprowadzenia na rynek uratowała pewnie wiele związków oraz nie jedno męskie ego.
A o jakim genialnym wynalazku mowa?
Oczywiście to Viagra.

Co to jest?

Viagra, a konkretniej Sildenafil to lek stosowany w przypadku zaburzeń erekcji. Nie działa on jednak tak jak pokazują nam na filmach, a jedynie podtrzymuje wzwód powstały w sposób naturalny. 
Lek zaczyna działać do godziny od zażycia i jest teoretycznie bezpieczny.
Teoretycznie? 
Otóż viagra jest bardzo niebezpieczna dla osób z chorobami serca. Według oficjalnych danych minimum 600 osób zmarło po zażyciu tego leku. (źródło: Wprost.pl: Śmierć w ekstazie.
 Osoby te przyjęły dopuszczalną dzienną dawkę produktu, więc nie mówimy o przypadkach przedawkowania. 
Ale koniec ze straszeniem, czas na trochę historii:

Przypadki chodzą po ludziach, czyli jak odkryto Viagrę?

Przez przypadek. W 1989 roku w Wielkiej Brytanii były prowadzone badania nad lekiem na nadciśnienie. Jak to zazwyczaj bywa specyfik ten miał być testowany na ochotnikach, a konkretniej studentach. Okazało się, że projekt nie wypalił bo lek był kiepski.
I kiedy już zbliżał się termin zamknięcia studenci zaczęli się zachowywać dziwnie. 
A konkretniej męska część biorąca udział w eksperymencie.
Domyślacie się pewnie dlaczego?
Testowany lek wywoływał u nich silną i długotrwałą erekcję. A to im się tak spodobało, że chcieli go więcej.
Projekt oczywiście wznowiono, skupiono się na składniku powodującym wzwód i wprowadzono go na rynek w 1993 roku jako lek na zaburzenia erekcji. Nadano mu również symboliczną nazwę, ponieważ Viagra to w starożytnym indyjskim języku Tygrys. 

Dlaczego dzisiaj o Viagrze?

Ponieważ na Polski rynek wkrótce wejdzie dostępny bez recepty produkt MaxOn. 
Dotychczas każdy produkt o działaniu bliskim Viagrze był wydawany z przepisu lekarza, w tym najbardziej znany Cialis.
Pójście do lekarza i przyznanie się do zaburzeń erekcji było pewnie bardzo wstydliwe dla wielu mężczyzn. Teraz będą musieli przyznać się jedynie przed farmaceutą.
Ewentualnie zamówić przez internet lub wysłać partnerkę.
Super, prawda?

Jednak jak już wyżej wspomniałam, lek ten nie jest w 100% bezpieczny, a zażycie w przypadku choroby serca może się skończyć śmiertelnie.
Już mniej super.

Jeszcze mniej fajne jest to, że jakby taki mężczyzna poszedł do lekarza okazałoby się, że przyczyną zaburzeń erekcji są właśnie choroby serca. O których oczywiście wcześniej nie wiedział bo się nie badał.

Uważam, że Viagra powinna być dostępna bez recepty, kropka.

Na pewno zmniejszy to czarny rynek na którym mężczyźni dostawali niekoniecznie to co chcieli za ogromne pieniądze i z pominięciem jakichkolwiek zasad bezpieczeństwa. 
Każdy z nas przecież kiedyś dostał maila z propozycją kupna Viagry, prawda?

Uważam też, że każdy kto kupuje powinien być informowany o przeciwwskazaniach, albo przynajmniej powinien przeczytać ulotkę....

...Tak jak w przypadku EllaOne - tej okropnej "pigułki po",

która lada dzień znowu zostanie opatrzona etykietką "na receptę". 
Czyli co? Mężczyzna mądry i umie czytać ze zrozumieniem, a kobieta głupia będzie łykać tabletki kilka razy dziennie?
Obydwa preparaty tak samo niebezpieczne (lub bezpieczne jak kto woli). 
Jeden dla mężczyzn.
Drugi dla kobiet.
Jeden dobry.
Drugi zły.

Gdzie tu logika?

piątek, 13 maja 2016

Co dobrego zrobił Raymund Pearl i z czym się je pigułki?

Z jednej strony wydaje nam się, że o antykoncepcji wiemy wszystko i nie ma sensu poruszać tego tematu. Z drugiej jednak co chwile pokazują się nowe informacje lub wręcz innowacje i temat ten jest cały czas zmienny.
Zacznę od antykoncepcji hormonalnej, a konkretniej pigułki antykoncepcyjnej. Jednak zanim do tego przejdę, warto wspomnieć w jaki sposób możemy ocenić, że antykoncepcja jest skuteczna?


Najstarszą i najpopularniejszą metodą oceny skuteczności antykoncepcji jest wskaźnik Pearla.  

Mówi on nam ile kobiet zaszło w ciążę stosując daną metodę antykoncepcji.
A konkretniej ile par na 100 zachodzi w ciążę w pierwszym roku poprawnego stosowania tej metody.
Często podaje się liczbę "od do" np. 2-15 w przypadku prezerwatywy. W tej sytuacji 15 oznacza przypadki kiedy prezerwatywa została źle założona, albo ktoś użył tej samej gumki dwukrotnie.
Pierwsza liczba oznacza idealne stosowanie danej metody.

No to jak już wiemy co i jak to możemy przejść do metod.

Pigułka antykoncepcyjna

Przede wszystkim pigułka antykoncepcyjna. Przyczyna rewolucji seksualnej i wyzwolenia kobiet. Tyle jej zawdzięczamy!

Ale jak wiadomo nic nie jest tylko dobre, albo tylko złe i pigułka ma też dużo wad.
Zacznę od pigułki dwuskładnikowej bo pewnie to z nią większość z Was miało lub będzie miało do czynienia.

Zawiera ona 2 syntetyczne hormony: estrogen i progesteron.
W większości przypadków należy zacząć branie od 1 dnia miesiączki, a po 21 dniach zrobić 7 dni przerwy aby wystąpiło krwawienie z odstawienia.
Krwawienie z odstawienia nie jest miesiączką! Jest za to bardzo przydatne, żeby stwierdzić czy antykoncepcja działa prawidłowo i nie stresować się, że jesteśmy w ciąży.
Daje też szansę odetchnąć naszemu organizmowi od codziennej dawki hormonów i dzięki temu możemy brać tabletki przez długi czas bez konieczności robienia przerw.

Niektóre tabletki są stworzone w taki sposób, aby nie zapomnieć o zrobieniu przerwy. W opakowaniu jest wtedy 21 pigułek z hormonem i 7 niezawierających żadnych substancji. Dzięki temu nie odzwyczaimy się od nawyku codziennego przyjmowania tabletki.

Poza najpopularniejszymi tabletkami o takiej samej dawce hormonów na rynku są dostępne również pigułki dwu i trzy-fazowe. Pierwsze z nich zawierają w pierwszych dniach cyklu jedynie estrogeny, a w późniejszych estrogen i progesteron. Trzy-fazowe natomiast w środku cyklu dodatkowo zawierają większą dawkę estrogenów.

Dwuskładnikowa pigułka powinna być przyjmowana o podobnej porze, jednak kilkugodzinne przesunięcie nie powinno wpłynąć negatywnie na jej działanie.

ZALETY:


  • Wskaźnik Pearla wynosi 0,01-0,02 więc ma jedną z najwyższych skuteczności pośród dostępnych na rynku produktów.
  • Może być przydatna do leczenia nieregularnych cykli lub zaniku miesiączki w różnych przypadkach.
  • Zmniejsza bóle miesiączkowe oraz natężenie krwawienia. 
  • Szybko odwracalna, praktycznie wystarczy poczekać do następnego cyklu, a płodność powinna wrócić bez większych problemów.
  • Zmniejsza ryzyko nowotworów jajników i piersi.
  • Nie ma związku ze współżyciem, dlatego nie ma konieczności zaprzątania sobie tym głowy w czasie "miłosnych uniesień" (no chyba, że nie możemy sobie przypomnieć czy wzięłyśmy tabletkę!)

WADY:

  • Konieczna regularność
  • Duża liczba przeciwwskazań, często bagatelizowanych przez lekarzy ginekologów
  • Konieczność wizyty u lekarza
  • Pełna odpowiedzialność po stronie kobiety
  • Nie chroni przed chorobami 
  • Dla 100% pewności należy uważać na to co jemy, pijemy i jakie leki zażywamy. 
  • Mogą wywołać problemy z cerą, wahania nastrojów i zatrzymanie wody w organizmie. 
  • Nie można jej stosować w czasie karmienia piersią..

...Ale wtedy mamy pigułki jednoskładnikowe!

Zawierają tylko pochodną progesteronu. Mają podobną skuteczność co pigułki dwuskładnikowe, ale ze względu na bardziej restrykcyjne stosowanie ich indeks Pearla w niektórych źródłach podawany jest jako 3. Jednak jeśli przestrzegamy zasad, można mówić o skuteczności 0,1-0,2.

A jakie to zasady?
Przede wszystkim regularność. Muszą być brane codziennie o tej samej porze. Opóźnienie około 3 godzin może sprawić, że przestaną działać. Nie można też robić 7-dniowej przerwy bo istnieje ryzyko wystąpienia owulacji w tym czasie. Z tego powodu czasem występują plamienia w różnych momentach cyklu.